czwartek, 29 grudnia 2011

Przychodzi Hassan Sabban do Urzędu Skarbowego ;)


Zawsze był nieco egzotyczny. W Polsce - bo niewiele dzieci na polskich podwórkach ma na imię Hassan. W Syrii - bo mimo, że po arabsku potrafił, to jednak Mama Polka i wszystkie wakacje w Polsce spędzał. Nie spotkał się jednak nigdy z przejawami dyskryminacji, jawnym wytykaniem palcem, że jest inny mimo, że nie Jan Kowalski a Hassan Sabban. Do czasu :)

Nastał rok, w którym każdy obywatel naszego kraju miał obowiązek rozliczyć się z fiskusem na podstawie zeznania podatkowego, w którym ważną rolę ma numer podatkowy NIP.
Hassan, jako człowiek posiadający dwa obywatelstwa, polskie i syryjskie, taki numer również otrzymał. Złożył odpowiednie zeznanie podatkowe w odpowiednim Urzędzie Skarbowym. I się zaczęło... Pierwsze wezwanie do Urzędu Skarbowego.

H (Hassan otrzymuje wezwanie do stawienia sie w pokoju X celem złożenia wyjaśnień i udaje się tamże)
U (urzędniczka US): Witam, wezwałam Pana ponieważ w Pana kartotece brakuje dokumentów. Proszę o dowód osobisty
H: Proszę bardzo
U: (przegląda dokument) Nazywa się Pan Hassan Sabban?
H: Tak
U: Mam tu mały problem bo w dokumentach brakuje Pana pozwolenia na pracę
H: ????? Ale ja nie potrzebuję pozwolenia na pracę na terenie Polski
U: Proszę pana, jest pan obywatelem innego kraju i potrzebuje Pan pozwolenie na pracę
H: Proszę pani, a jaki mój dokument trzyma pani w rękach?
U: Dowód osobisty
H: A co jest napisane na pierwszej stronie tego dokumentu? (było to w czasach tzw. książeczkowych dowodów osobistych)
U: Jest obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej
H: No właśnie. Mam dwa obywatelstwa, w tym polskie, i nie muszę mieć pozwolenia na pracę 
U: Ale jest pan cudzoziemcem i nazywa się pan..... (Tu następował zazwyczaj ciąg rozumowy trudny do ogarnięcia i kończył się wezwaniem przełożonej/przełożonego pani urzędniczki i szybciej lub później dochodziło do załagodzenia sytuacji i wyjaśnienia, że obywatel RP Hassan Sabban pozwolenia na pracę jednak nie potrzebuje).
Ale panie urzędniczki widać nie do końca skutecznie odnotowywały kwestie zasadnicze i wezwania do składania wyjaśnień wg powyższego scenariusza powtarzały się dość regularnie.

Aż Hassan Sabban postanowił, że nie ma więcej ochoty tłumaczyć się, że wielbłądem zasadniczno nie jest (mimo, że z arabskimi korzeniami) i sądownie przyjął imię i nazwisko ukochanego dziadka ze strony Mamy stając się oficjalnie w dokumentach Aleksandrem Warsztockim. 
Nikt z bliskich i nieco dalszych w życiu nie nazwał go Aleksandrem ale w dokumentach napisane i była nadzieja, że Urząd Skarbowy znajdzie sobie inne zajęcie.
Ale nie.... :)

Pewnego dnia Aleksander Warsztocki otrzymuje wezwanie do US. 
U: Dzień dobry, bo wie pan, wezwałam pana, bo mamy tu pewien problem... 
H: (wyczekuje pełen napięcia)
U: Bo wie pan, w naszym systemie pod pańskim numerem NIP figurują dwie osoby... pan i jeszcze jakiś... Hassan Sabban...
H: (z udawanym oburzeniem): Hassan Sabban? To chyba jakiś cudzoziemiec. Jak to możliwe, żeby cudzoziemiec miał polski numer NIP?     
U: (wyraźnie zakłopotana) No właśnie, wie pan, nie mam pojęcia jak to się mogło stać
H: (obużony;) No to proszę pani, to trzeba wyjaśnić, bym nie miał kłopotów w przyszłości
U: (wyraźnie poruszona) Hmmm.... Ma pan rację. To trzeba jak najszybciej wyjaśnić. TO MY GO WEZWIEMY!

ps. Uwielbiam jak Hassan opowiada tę historię. Znam ją na pamięć, a niezmiennie zaśmiewam się przy słowach "to my go zezwiemy" :))

czwartek, 15 grudnia 2011

Mniamuśna... lektura :)

Przeczytałam książkę. (Ależ to ekshibicjonistycznie zabrzmiało;)
Niestety kuracji antybiotykowej i łóżka z koniecznością leżenia trzeba było, by wśród Nieprawdopodobnie Ważnych Rzeczy, znalazł się czas na przytomną lekturę. (Nieprzytomna, zakończona snem po 3 minutach usiłowania, zdarza się dość często...).
Ale... do ad remu!

Anna Jackowska, "Kobieta na motocyklu", wydawnictwo Pascal.

Dlaczego chcę się podzielić wrażeniami akurat z tej lektury na blogu poświęconym arabskim smakom i aromatom?
Przyczyny co najmniej dwie - pierwsza to fakt, że książka jest o podróży do Syrii i Jordanii. A drugi powód... "Kobieta na..." jest zapisem wrażeń i przygód z tej podróży poczynionym przez jej bohaterkę i uczestniczkę - Anię Jackowską, która podróż ową odbyła samotnie... na... motocyklu! W swej motocyklowej karierze samotnego podróżowania nie mam TAK spektaktularnych osiągnięć, ale kto wie gdzie mnie jeszcze zaniesie... ;)

Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Z uśmiechem, z tęsknotą. Za podróżą. Za podróżą motocyklem. Za podróżą do Syrii i Jordanii.  Z podziwem ogromnym. I z szacunkiem do marzeń Ani i jej odwagi ich realalizacji. Z zazdrością pewną też. Babsko-motocyklową. (Natury nie przeskoczysz;)
A co najważniesze - z ogromną wdzięcznością. Ania pisze o krajach nieco mi (znacznie lepiej małżonkowi Hassanowi) znanych w taki sposób, w jaki ja bym chciała napisać, gdybym umiała. I nie chodzi o formę. Ale o emocje. O niemalże reporterską prawdę. O autentyzm przeżywania. O obalane przez Anię, a przede wszystkim przez bohaterów jej opowieści, potoczne opinie i stereotypy.
Że kobieta, w dodatku blondynka, w dodatku na motocyklu (sic!), nie może przeżyć takiej samotnej wyprawy. Na 100% zostanie TAM skrzywdzona, oszukana, wykorzystana i wszystko co najgorsze. I Ania Jackowska pięknie, lekko, z dużą dawką humoru, opisuje jak Ci, którzy tak właśnie, stereotypowo, myślą się mylą. Ciepła opowieść o przygodzie, o realizacji marzeń. Ciepły, serdeczny obraz świata, który też dane mi było nieco poznać, miejsc w większości przeze mnie odwiedzonych. Ania Jackowska maluje słowem portrety ludzi o otwartych sercach i dobrych intencjach. Ania dzieli się z czytelnikiem obrazem świata, w którym jako kobieta czuję się bezpieczniej niż na ulicach Warszawy, czy innego dużego miasta w naszym (podobno cywilizowanym) kraju.
Bardzo polecam. Świetny pomysł na prezent świąteczny dla miłośników Bliskiego Wschodu, dla lubiących podróże i przygody, dla motocyklistek i motocyklistów. Wreszcie - dla ksenofobów i ignorantów - na otwarcie oczu i horyzontów.

Jeśli macie ochotę na wyprawę z Anią, na ponowne przeżycie własnych podróży z perspektywy fotela, lubicie (motocyklowe) podróżowanie - koniecznie przeczytajcie książkę "Kobieta na motocyklu".

A czytanie o wyprawie Ani przywołało wspomnienia naszych osobistych podróży...


Znana syryjska tolerancja, brak uprzedzeń i otwarcie na innych ;)


Ulubiona najstarsza część Damaszku

Ulubiony załułek - uliczka Al Nawfara, na tyłach
Meczetu Umajjadów. Poranny spokój.

Radosne chłopaki i tchnienie historii

Damaszek, plac Hariqa. W tym domu, na ostatnim
piętrze, mieszkał Hassan z rodziną w czasach
bycia małym polsko-syryjskim chłopcem ;)

Set Zainab. Miejsce pochówku najstarszej córki
Mahometa. Meczet ku jej czci. 

Ulubionej uliczki i ulubionych klimatów ciąg dalszy

Dziedziniec Meczetu Umajjadów. Uwielbiam tę kobiecą postać
po lewej stronie. Sama gracja...

Jeszcze 6 lat temu na dziecińcu Meczetu Umajjadów leżały dywany.
Dziś tylko pięknie wypolerowana kamienna posadzka.

Palmyra (Tadmor). Miasto w środkowej Syrii, założone w oazie w północnej
części Pustyni Syryjskiej mające lata świetności w II w ne. 

Niektórzy potrafaią odpoczywać w pełnym słońcu. My odpadliśmy i daliśmy
się zaprosić na posiłek w gronie beduińskiej rodziny w sadzie
na terenie oazy. Przepiękne wspomnienia... 

Fragment dziedzińca rodzinnego domu Hassana Taty w najstarszej części
Damaszku

Krak de Chevaliers. Twerdza Rycerzy. Zamek w zachdniej części Syrii.
W czasie naszego zwiedzania telewizja syryjska kręciła film z epoki,
dzięki czemu podczas zwiedzania towarzyszyły nam
niesamowite wrażenia i obrazy przechadzających się rycerzy. 
Wejście do domu kilkadziesiąt centymetów poniżej pozimu ulicy.
Czas i kolejne warstwy asfaltu w najstarszej części miasta Damaszek.  

Nocny spacer

I ja tam byłam, i sok z morwy piłam...
A kiedyś może pojedziemy pojedynczym śladem Ani... ;)

poniedziałek, 14 listopada 2011

Mloukhieh, molokheya, mulukhiya, ملوخية ... z kurczakiem. Mniam

Znalazłam stronę, na której autor pisząc o mloukhieh przywołał następujące odmiany jej nazwy: Moulokheyya, Mulukheyya, Moolookhieh, Mouloukhia, Mloukhia, Melokiyah, Meloukhia, Melokiyah, Milookhia, Milookhiyya, M'Loukhia, Molohia, Molokhiya, Molokhiyya, Molukhyia, Mulukhia, Mulukhiya, Mulukhiyah  

Ponieważ raczej nie ma szans by w kwestii nazewnictwa dojść do jednolitej wersji;) na użytek własny i tego przepisu stosować będę nazwę używaną w naszym domu - mlokhieh {czyt. mluhije}.

A całe to językowe zamieszanie przez niepozorną roślinę, nieco przypominającą wyglądem szpinak. W rzeczy samej, mlokhieh to daleki kuzyn szpinaku. Po łacinie - Corchorus Corchorus L. W kuchni bliskowschodniej (głównie w Egipcie, Libanie, Syrii) bardzo popularna jest potrawa w oparciu o mloukhieh i tak samo się nazywająca. W zależności od kuchni i tradycji mloukhieh ma formę bardziej płynną, niemalże jak zupa lub bardziej stałą. Do przygotowania dania używa się liści rośliny - świeże, zamrożone, suszone, suszone sproszkowane czy konserwowane. Do tego mięso z królika, kurczaka czy inne ulubione. Cebula, czosnek, pomidory. I przyprawy. Co kraj to mloukhieh :)


Nie wiedziałam, że lubię mloukhieh... Jakoś osobiście długo mnie nie przekonywała do siebie. Widziałam ją w stanie świeżym, mrożonym, suszonym... Słyszałam zachwyty męża nad jej właściwościami smakowymi i odżywczymi (roślina bardzo bogata w żelazo i antyoksydanty). Ale jakoś do mnie nie mówiła... Aż pewnego piątkowego dnia się złamałam...
Zażyczyłam sobie wiele razy w naszym domu wspominanego przepisu damasceńskiej cioci Amine, która w sztuce kulinarnej nie miała sobie równych. 
I zrobiłam danie. Miało służyć nam za obiad na dwa dni. Drugiego dnia wylizaliśmy garnek z resztek, bo tylko tyle zostało. 
Wizualnie nieciekawe (trudno to ukryć;) danie, zachwyciło mnie swoim smakiem. Bogactwo aromatów pochodzące z samej mloukhieh jak i towarzyszących jej składników jest zabójcze :) A do tego zdrowo, odżywczo i interesująco.
My zjedliśmy z jasnym grubym burgolem. Mloukhieh w naszej wersji świetnie będzie smakowało z ryżem czy chlebem. 

Mloukhieh po damasceńsku wg cioci Amine

- mięso kurczaka - pierś lub inne w ilości ulubionej (ja do mojego dania użyłam 1 kg mięsa z kurzęcych ud)
- dwie duże cebule pokrojone w piórka
- 4-5 dużych ząbków czosnku utłuczonych w moździerzu z łyżeczką soli na pastę
- puszka pomidorów lub 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego
- duża czubata łyżka masła klarowanego
- ulubione przyprawy do mięsa

Zawartość puszki z mloukhieh wyłożyć na sito, przelać wodą i odsączyć.


Mięso pokroić w niewielkie kawałki. W misce wymieszać z ulubioną przyprawą (ja użyłam przyprawy sojok, którą ostatnio dość mocno eksploatuję w kuchni, tu się sprawdziła świetnie). Odstawić na pół godziny.

W brytfannie lub na dużej patelni rozgrzać masło klarowane i porcjami obsmażać mięso do uzyskania złotego koloru. Dołożyć cebulę i smażyć składniki na sporym ogniu mieszając. 


Dodać czosnek i chwilę razem smażyć, by czosnek wyraźnie oddał swój aromat. Dodać pomidory (rozdrobnione widelcem) lub pastę (rozmieszaną z połową szklanki wody).    


Do obłędnie już pachnących składników dodać odsączone mloukhieh. Można wcześniej liście pokroić na mniejsze kawałki. Ja wolałam takie nie pokrojone. 


Dokładnie wymieszać całą potrawę. Jeśli jest zbyt sucha dolać wody. Dusić na niewielkim ogniu do wymieszania smaków i aromatów, ok. 15-20 min. Dosolić do smaku, można użyć czarnego pieprzu. Mloukhieh konserwowe jest dość kwaśne więc nie ma potrzeby dodatkowo zakwaszać dania. W przypadku wykorzystania mloukhieh suszonego wskazany jest dodatek soku z cytryny. 

1 szklankę kaszy burgul jasnej grubej przyprażyć na łyżce masła klarowanego. Zalać 1 i 3/4 szklanki wrzątku, posolić, zawrzeć, przykryć i pozwolić kaszy dojść na sypko na maleńkim ogniu przez 20 min.

Gorące mloukhieh podawać na kaszy (lub ryżu). Można wzbogacić smak przez posypanie całości uprażonymi orzeszkami pinii.
(Jak sobie o tym przypomniałam to już nie było czego posypywać ;) 



Proste, nie? A jakie smaczne... mmmm... niedługo znów zrobię :)))

niedziela, 13 listopada 2011

Bułeczki drożdżowe nieco arabskie z serem i różą

Z mojego poranno-niedzielnego kuchennego szwędania urodziły się bułeczki drożdżowe. Uwielbiam takie domowe, kupne nie. Szczególnie, że domowe pieczenie to raj dla zmysłów - zapachy rozchodzą się po całym domu, lśniące bułeczki nęcą sobą i nie da się przejść obok nich obojętnie. Szczególnie nęcące jest pieczenie z dodatkiem przyprawy do ciasteczek kaak. Pisałam o tej tradycyjnej bliskowschodniej mieszance przypraw do wypieków przy bułeczkach kaak. Ta przyprawa robi różnicę. Pachnie orientalnie, nadaje wypiekom smak, w którym odnajdujemy i cynamon, i mahlep, i kilka innych aromatów.
Dodatek przyprawy do kaak do tradycyjnego wypieku, nada mu bliskowschodniego, bardzo oryginalnego charakteru.

Przez dodanie przyprawy do kaak "zarabszczyłam" ;) przepis na bułeczki drożdżowe z serem z blogu Liski (pracowniawypiekow.blospot.com).

Drożdżówki po arabsku? Czemu nie! Np. na jesienne śniadanie na trawie :)


I tu za inspirację posłużył przepis na bułeczki drożdżowe z serem z  ze strony Pracowni Wypieków.


Mięciutkie bułeczki drożdżowe z przyprawą kaak i serem i różą
na 16 dość dużych drożdżówek:

Na rozczyn:
- 20 g drożdży
- łyżeczka cukru
- 50 ml mleka

Do lekko ciepłego mleka rozkruszyć drożdże, dodać cukier, wymieszać, odstawić do wyrośnięcia.

Składniki płynne
- 150 ml mleka
- 50 g masła lub pól szklanki oleju
- 2-3 łyżki stołowe cukru

Lekko podgrzać mleko, dodać cukier i masło. Jak przestygnie dodać

- 2 jajka

Rozczyn wymieszać dodając

składniki suche
- ok. 600 g mąki (w przepisie oryginalnym jest 500, ale moje ciasto było za luźne)
- łyżka przyprawy do kaak lub łyżeczkę zmielonego mahlab
- szczypta soli

i dodać do mleczno-maślanego płynu.

Wyrobić elastyczne ciasto, przykryć ściereczką i postawić w cieple do wyrośnięcia na ok. 1 h.
Wyrośnięte ciasto, wyłożyć na stolnicę podsypaną mąką, krótko zagnieść i podzielić na 16 równych części. Porcje ciasta układać na blaszkach na papierze do pieczenia. Przykryć ściereczką i pozwolić bułeczkom wyrosnąć w cieple ok. 30 min.

Przygotować nadzienie serowe
- ok. 1/2 kg białego sera (ja użyłam serek sernikowy z wiaderka)
- jedno żółtko
- łyżka lub dwie wody kwiatowej
- 3 łyżki cukru pudru

Wymieszać składniki i gotowe.

Każdą wyrośniętą bułeczkę posmarować rozmąconym jajkiem. Spodem łyżki zrobić wgłębienie na środku bułeczki, wyłożyć po łyżce masy serowej, nieco rozsmarować. 


Na części moich bułeczek, na porcji serka wylądowała łyżeczka pysznej konfitury różanej. Jak szaleć to szaleć ;)


Włożyć do piekarnika nagrzanego do tem. 200 st. C i piec ok. 15-20 minut do zarumienienia się bułeczek. 


Wystudzić na kratce. Zjeść na śniadanie, podwieczorek, kolację, dać dziecku do szkoły, poczęstować sąsiadów. Bo  dobrym trzeba się dzielić.


Smacznego :)

Bułeczki dożdżowe z przyprawą ka'ak

Wzięło mnie na pieczenie. Niedziela rano, względny spokój w domu a ja zamiast nos w książkę, to mnie nosi. Zaniosło do kuchni. Przyszły za mną bułeczki. (A może ja polazłam za nimi? Nie-wia-do-mo) Wieczorami nie powinno się czytać apetycznych przepisów na apetyczne cosie, bo potem człowiek się kuchennie szwęda i tyje ;)
Skarbnica przepisów Liski (na pracowniawypiekow.blogspot.com) zainspirowała mnie do upieczenia bułeczek.
Powstały trzy rodzaje. Najpierw "zarabszczone" bo z przyprawą kaak, bułeczki z serem (i konfiturą różaną). A na drugi rzut poszły bułeczki kaak z sezamem.

O tych słodkich będzie nieco później, a teraz podzielę się naszymi bułeczkami kaak.

Ka'ak to tradycyjne ciasto bliskowschodnie ("ka'ak" to po arabsku "ciasto"), które występuje w kilku odmianach - są paluchy kaak, oponki kaak czy takie niewielki kuleczki. Te ciasteczka z ciasta drożdżowego są bardzo popularne w czasie Ramadanu ale i na codzień zajadane z apetytem, przez dorosłych (do herbaty) i dzieci (do kubka mleka). Charakterystyczne w ciasteczkach kaak są dwie rzeczy - przyprawa mahlep (mahalab, mahlab - zmielone środki z pestek wiśni wonnej) oraz to, że podczas pieczenia są wysuszane w piekarniku, czyli dość twarde. Niekiedy do ciasta dodaje się też inne przyprawy - np. kadamon, cynamon, anyż. W sprzedaży są gotowe mieszanki przypraw do kaak, które doskonale wzbogacają smak gotowego ciastka.

Zainspirowana bułeczkami i przyprawą do kaak zrobiłam... mięciutkie bułeczki kaak :)

    
Pachnące obłędnie - maślano i mahlabowo, mieciutkie bułeczki do kubka mleka czy do zjedzenia z czymkolwiek.


Posłużyłam się przepisem na bułeczki ze strony Pracowni Wypieków, zmodyfikowanym nieco.

Mięciutkie bułeczki drożdżowe z przyprawą kaak
na 32 sztuki o średnicy ok. 5-6 cm

- 20 g drożdży
- łyżeczka cukru
- 50 ml mleka

Do lekko ciepłego mleka rozkruszyć drożdże, dodać cukier, wymieszać, odstawić do wyrośnięcia.

- 150 ml mleka
- 50 g masła lub pól szklanki oleju
- 2-3 łyżki stołowe cukru

Lekko podgrzać mleko, dodać cukier i masło. Jak przestygnie dodać

- 2 jajka

Rozczyn wymieszać z

- ok. 600 g mąki (w przepisie oryginalnym jest 500, ale moje ciasto było za luźne)

 i koniecznie konieczne

- łyżka przyprawy do kaak lub łyżeczkę zmielonego mahlab
- szczypta soli

i dodać do mleczno-maślanego płynu.

Wyrobić elastyczne ciasto, przykryć ściereczką i postawić w cieple do wyrośnięcia na ok. 1 h.

Rozmącić jedno jajko i przygotować sezam do posypania byłeczek.

Wyrośnięte ciasto, wyłożyć na stolnicę podsypaną mąką, krótko zagnieść i podzielić na niewielkie kulki. (Ja podzieliłam ciasto na połowę, tę na kolejne połowy, etc. - w ten sposób podzieliłam ciasto na równe porcje). Porcje ciasta układać na blaszkach na papierze do pieczenia. Przykryć ściereczką i pozwolić bułeczkom wyrosnąć w cieple ok. 30 min.


Każdą wyrośniętą  bułeczkę smarować rozmąconym jajkiem i posypać sezamem. Piec ok. 15-20 min. w temperaturze 180 - 200 st. C do zrumienienia.




Na ciepło i na zimno - pałaszować ze smakiem :)

Konsekwencje prowadzenia działalności zarobkowej pod domowym adresem ;)

Chłopcy bawią się na tarasie. Każdy z nich, z klocków urządził sobie dom - z kuchnia, rozkładaną kanapą i np. z ... zapasową lodówką ;)
Oluś z przejęciem opowiada o swoim domu i jego funkcjonalności i nagle zrywa się i pędzi ze słowami: "muszę lecieć do domu bo klienci zaraz przyjdą!". "Chyba goście?" - uściślamy. "Nie, do mojego domy przychodzą klienci!" Stanowczo dodaje Olo. Wprawia się chłopak przedsiębiorczo? ;)


Piękna, słoneczna pogoda.... Na drugie śniadanie wciągnęliśmy drożdżówki z serkiem i konfiturą z róży, które zrobiłam rano. Teraz robię bułeczki z kaak. Wkrótce się podzielę efektami :)

piątek, 11 listopada 2011

Śniadaniowa pochwała prostoty z halloumi

Moje ulubione śniadanie, gdy mam ochotę na coś lekkiego na ciepło. Zawartość trójkąta nie zawsze jest taka sama. Świetnie się sprawdzają różne rodzaje sera, pasztet, dobra wędlina. Co kto ma w lodówce i co komu w duszy gra. 


Dziś jest z serem halloumi
To ciekawy ser jest. Pochodzi z Cypru, jest popularny w krajach Bliskiego Wschodu i Grecji. Oryginalnie sporządzany z mieszanki dwóch rodzajów mleka - owczego i koziego. Możliwy składnik to również mleko krowie. Jest włóknisty, ma lekko słodki, mleczny smak. Podobny do sera Mozzarella. Biały, elastyczny, błyszczący miąższ, "chrzęści" w zębach. Ze względu na wyższą od innych serów temperaturę topnienia świetnie nadaje się do gotowania, smażenia, grillowania. 


Dlatego świetnie nadaje się do przygotowania tej ekspresowej, lekkiej przekąski.



Oto co potrzebe mi było do przygotowania śniadania na dwie, średnio głodne, osoby:
- krążek pity o średnicy 20 cm
- ok 80 g sera halloumi 
- pomidor
- natka pietruszki


Pitę pokroić na trójkąty, każdy otworzyć, do śroka włożyć 2 plasty sera halloumi, 2 plastry pomidora, pietruchę. 




Zapiec po obu stronach na suchej patelni grillowej, na średnim ogniu.




Do ciepłych kanapek włożyłam więcej zielonej pietruszki. 


Zjedliśmy z sałatką z rzodkiewki. Nasza rzodkiewka to duża odmiana klasycznej rzodkiewki, więc pokroiłam ją w grubsze słupki. Dodałam garść szczypiorku, sporo posiekanej zielonej pietruszki, miętę suszoną , sól, pieprz, sok z cytryny i oliwa. Ożywcza i bardzo wiosenna, choć jesienna sałatka.






Smacznego :)


PS. a jutro będzie o mloukhieh :)

poniedziałek, 7 listopada 2011

Ajran. Na dobry początek tygodnia. Na smutki.

Pewien klient poprosił o przepis na ajran. Zazwyczaj robimy ten pyszny napój z jogurtu naturalnego "na oko"... 
Więc, by być pewną proporcji i smaku otrzymanego ajranu poszłam do kuchni i zrobiłam. Stoi teraz sobie koło mnie szklaneczka pysznego ajranu, takiego w sam raz. Mój jest z czosnkiem (doskonale leczniczy i zapobiegając na niepewną pogodę;), miętą suszoną i świeżą. Latem dodajemy mniej wody a sporo lodu. Równie świetny jest z utartym ogórkiem zielonym (taka nasza ajranowa wariacja). Niektórzy dodają sok z cytryny. Jak jogurt jest wystarczająco kwaskowaty to nie ma takiej potrzeby. Różne też bywają w przepisach proporcje pomiędzy ilością jogurtu a wody. Nasz ajran jest do picia więc nie może być za gęsty.


A ajran w naszym domu przygotowujemy najprościej jak się da, z dobrego jogurtu naturalnego np. http://www.arabskie.pl/pl/p/Jogurt-OMUR-3.5-tl.-1kg/550 - ten się świetnie nadaje, jest bardzo... arabski w smaku. Dostępny jest również taki o 10% zawartości tłuszczu - jeszcze szlachetniejszy. Jeśli akurat takiego nie mamy pod ręka używamy jogurtu bałkańskiego firmy Maluta. Jeden z nielicznych jogurtów naturalnych w naszych sklepach bez zawartości żelatyny (sic!).

Kubek jogurtu (mój ma 340 g)
Ten sam kubek wody
Ząbek czosnku ugnieciony w moździeżu z połową łyżeczki soli
Łyżeczka suszonej mięty

Do malaksera. I gotowe. Można podać z listkiem świeżej mięty.


Jest niewykluczone, że w ten sposób przygotujecie najlepszy ajran w mieście ;)
Oczywiście można nie dodać czosku, można powiększyć lub zmniejszyć ilość soli, etc.

Jeśli do jogurtu nie dodamy wody a pokrojonego w kosteczkę zielonego ogórka (ze skórką) to wyjdzie z tego świetny dip praktycznie do wszystkiego.


Dobrego dnia i całego tygodnia Wam życzymy :) 

niedziela, 6 listopada 2011

Skąd się wzięło arabskie.pl i dlaczego jesteśmy smutni

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się około 50 lat temu, kiedy to pewien młody Syryjczyk trafił do Krakowa na studia na Wydziale Architektury jako student, a potem asystent znanego Profesora Wiktora Zina (kto pamięta Piórkiem i węglem?:).
Nieco potem ten młody Syryjczyk poznał piękną kobietę, studentkę Akademii Górniczo Hutniczej i z ich miłości urodził się słodki chłopaczek. Potem było życie rodziny między dwoma krajami. A wiele lat później ten słodki chłopaczek  (już wtedy mężczyzna) w Warszawie poznał pewną gdańszczankę, która pokochała jego i wszystko co arabskie. Z którejś z ich podróży po krajach arabskich przywieźli pomysł na sklep-galerię i zarejestrowali domenę arabskie.pl.
Mieli zamiar sprowadzać z Syrii piękne rzeczy do wyposażenia wnętrz.



Ale życie pisze własne scenariusze. Dla tych dwojga zaplanowało przeprowadzkę ze stolicy w urocze miejsce na Pojezierzu Lubuskim. A bardzo krótko potem stali się nagłymi rodzicami trzech niedużych urwisów. I ich życie się zmieniło dość radykalnie. Przez kilka następnych lat duuuużo się działo. Co by się nie działo musieli przecież jeść. A jeść dobrze lubią i najchętniej jadali dania kuchni ulubionej, czyli arabskiej. Ponieważ ludzi też lubią i dom otwarty mają, karmili tymi daniami znajomych, przyjaciół, krewnych. I wszystkim smakowało. I ci karmieni ciekawi byli co jedzą. I sami też tak chcieli. Więc tych dwoje postanowiło wykorzystać to co mieli od dawna w sercu (czyli miłość do kuchni arabskiej i nienajgorsze umiejętności w kuchni) i co mieli zarejestrowane od dawna (czyli domenę arabskie.pl). Założyli sklep arabskie.pl, w którym od ponad pół roku już z powodzeniem oferują produkty kuchni bliskowschodniej. To właściwie cała historia :)

A czemu jesteśmy smutni?

Ten Syryjczyk z początku opowieści, od którego się wszystko zaczęło to Tawfik Sabban, mój wspaniały teść. Dobry i mądry człowiek. Tata Hassana i Aidy. Dziadek naszych dzieci. Uczył mnie arabskiego z ogromną dawką cierpliwości. Nauczył grać w tawle. Opowiadał (świetnie mówił po polsku!) przeciekawe historie. W ekipie profesora Zina miał swój wkład w renowację wielu sakralnych obiektów w południowej Polsce. W Syrii zaprojektował urbanistycznie znaczną część tzw. nowego Damaszku.  Kochał wszystkich Polaków i każdego napotkanego w Damaszku zabierał do siebie do domu na poczęstunek:) Miał piękne pasje. Mimo niemłodego wieku cały czas aktywnie używał komputera i nowych technik. Uczył nasze dzieci rysować i obierał im granaty spokojnie tłumacząc świat. Jestem szczęśliwym człowiekiem, ze go poznałam.

Tata odszedł od nas 27 października w Damaszku. Miał 77 lat.

Pamięć o Nim zostanie w nas na zawsze. Arabskie.pl to taki mały pomnik. Bo od Tawfika Sabbana przecież wszystko się zaczęło...


piątek, 28 października 2011

Foul mdammas z wariacjami

Foul. Danie full of bobik. Bo taki maleńki bób to bobik (śliczna, rozczulająca nazwa). Bobik czyli foul mdammas to tradycyjne danie, w krajach arabskich zazwyczaj spożywane na śniadanie. Przygotowywane w domu czy na souqu jest wspaniałym źródłem energii na cały dzień.
My w domu jadamy foul czasami na śniadanie (w niedzielę, gdy rano jest nieco więcej czasu na przygotowanie posiłku) ale częściej na obiad czy wczesną kolację. (Na późną nie polecamy, bo jak by nie patrzeć - bobik to roślina strączkowa jest;).


Foul mdammas można przygotować samemu od a do z. Czyli zacząć od zamoczenia na ok 10-12 godzin kubka suszonego bobiku. Następnie należy odlać wodę, zalać świeżą, dodać płaską łyżeczkę soli i pół łyżeczki sody oczyszczonej (przyspiesza zmiękczanie bobiku podczas gotowania). Zagotować i gotować na maleńkim ogniu do miękkości. Odcedzić, dodać pogniecione dwa ząbki czosnku, sok z cytryny lub dwóch wg uznania i smaku, polać oliwą. Podawać na ciepło posypany kuminem.

Ale wcale nie trzeba czekać kilkunastu godzin jeśli ma się ochotę na foul mdammas tu i teraz. W naszym domu przygotowanie foul mdammas zajmuje nam tyle czasu ile pokrojenie składników na sałatkę, czyli na prawdę niewiele.


Na porcję foul mdammas z sałatką dla 2 osób bierzemy:

puszka foul 400 g 
dla bardziej głodnych lub 4 osób - polecamy puszkę 600 g
dla lubiących cieciorkę - proszę bardzo - foul z cieciorką (też pysznie)
łyżeczkę kuminu do posypania

I to tyle. Wkładamy zawartość puszki do rondelka, podgrzewamy do ulubionej temperatury. W tym czasie kroimy składniki na sałatkę

1/2 główki sałaty lodowej
papryka żółta + papryka czerwona
ogórek świeży nieduży lub pół większego
pomidor
kilka oliwek

Do sałatki koniecznie sos: ząbek czosnku utłuc w moździerzu z połową łyżeczki soli, dodać łyżeczkę melasy z granatów lub 1/3 łyżeczki dobrej musztardy, 1/3 łyżeczki miodu, sok z połowy cytryny, pieprzu odrobinę. Dolewając oliwę ucierać składniki do uzyskania jednolitego sosu.

Pokroić składniki na sałatkę, polać sosem, wymieszać.


A potem to już nic prostszego - porcję ciepłego bobiku wyłożyć na talerz, na bobik wyłożyć zacną porcję sałatki, obficie posypać kuminem.


I pałaszować trzęsąc uszami. Dzieci też lubią. I wegetarianie. Bo bobik jest doskonałym źródłem białka. A foul mdammas z sałatką to smaczne, rozgrzewające, zdrowe danie dla każdego. Polecamy szczególnie na jesień.
Smacznego! :)

PS. Hassan zaglądając przez ramię kazał dopisać, że dla tych z zielonowstętem, czyli dla przeciwników sałatek, polecamy foul mdammas z białym sosem przygotowanym z dobrego jogurtu naturalnego, np. takiego oryginalnego tureckiego jogurtu i pasty sezamowej tahini w proporcjach kubek jogurtu, dwie łyżki tahini. Dodać ząbek czosnku i sól do smaku. W wersji lux - polać dużą łyżką czy dwoma gorącego masła klarowanego, w którym smażyło się kilka ziarenek orzeszków pinii. Pyyyyyysznie będzie :)

wtorek, 25 października 2011

Zaczynamy od końca. Czyli deser przed obiadem

No dobra. Dzień dobry już było, nawet chyba nieco za poważne, a teraz do adremu można przechodzić. Czyli do jedzenia. Bo dobrze jeść uwielbiamy. Niestety ;)


Wspomnienie z pierwszej podróży do Damaszku. Pierwsza moja wizyta w rodzinnym domu Hassana. A właściwie to jest rodzinny dom Hassana Taty jeszcze. Dom w najstarszej części Damaszku. W tej części, która czyni to miasto najdłużej zamieszkiwanym miastem na świecie. Dochodzi się do Domu (w naszym domu nazywanego po prostu "domem arabskim")  krętymi uliczkami, pomiędzy suqami. Wejście we właściwą ulicę od suqu wełny. (W życiu bym tam znów sama nie trafiła w tym nieregularnym labiryncie uliczek). Ulica szerokości jednego samochodu. Lusterka się jeszcze mieszczą. Człowiek jak się spłaszczy to koło auta też przejdzie. Duże drzwi drewniane. Stare. Tak jakby częściowo wpuszczone w asfalt ulicy... Nie widać okien. Po wejściu do domu długi korytarz, po prawej i lewej jakieś pomieszczenia a potem... dziedziniec. Ale czad. W środku domu niebo widać. Bo dziedziniec na niebo otwarty. Z fontanną pośrodku. Piękna kamienna podłoga. Cytryna rośnie przy ścianie. A z góry zwieszają się pędy winorośli. Schody prowadzą na piętro a tam podniebny taras. I korytarz na czymś w rodzaju antresoli, z której wejście do górnych pokoi. A na tarasie winogrona. Zeszliśmy na dół. Na dole kilka pomieszczeń - duża kuchnia, jadalnia, pokój dla kobiet, pokój dla mężczyzn. Miejsca do siedzenia przygotowane na dziedzińcu. Przywitanie oficjalne. Rodzina się zebrała taką cudaczną w krótkich włosach oglądać ;) A potem była bardzo miła rozmowa z kilku językach i poczęstunek. Podano Qatayef. Polubiłam te ciasteczka od pierwszego kęsa. Miękkie jak poduszeczki, wilgotne pysznym syropem o orientalnej nucie (teraz już wiem, że to woda kwiatowa). Z nadzieniem ze śmietanki o smaku, którego wcześniej nie znałam. Posypane pistacjami. Wielka taca znikła w mig. Z kuzynkami Hassana poszłyśmy do kuchni nadziewać następną porcję mięciutkich krążków. Nie na długo starczyło....
A w ostatnią niedzielę rano naszło mnie wspomnienie tamtego dnia. Podsycane westchnieniami męża już od czasu jakiegoś, tego ranka zaczęło żyć życiem własnym w postaci porannego nastawienia ciasta na qatayef - pyszne placuszki nadziewane.




Przepis prosty niesłychanie:


Deser przygotowuje się w dwóch etapach - pierwszy to smażenie placuszków, drugi to nadziewanie i podawanie polanych syropem, posypanych orzeszkami. Same placuszki można smażyć dzień przed podaniem. Aby placuszki nie wyschły i pozostały elastyczne należy tacę czy deskę z placuszkami przykryć folią spożywczą. Przepis prosty. Efekt uśmiechający twarze i ceszący wszystkich łasuchów :)

Ciasto:
  • 3 szklanki mąki
  • 3 szklanki ciepłego mleka
  • łyżeczka suchych drożdzy
  • spora szczypta soli
  • można dodać łyżkę cukru do ciasta
Składniki wymieszać, powinno powstać płynne ciasto jak na naleśniki, pozostawić w cieple do wyrośnięcia. Wyrośnięte wymieszać i większą łyżką wlewać na suchą rozgrzaną patelnię. Ciasto powinno swobodnie rozlewać się w krążki średnicy 5-7 cm. Smażyć po jednej stronie do czasu zniknięcia surowego ciasta na wierzchu placuszka. Na jego całej powierzchni powstanie wiele dziurek. Zdjąć z patelni, odłożyć na tacę lub deskę, przykryć by placuszki nie wysychały.


Drugi etap to nadzienie - oryginalne ze śmietanki kyszta lub Crème fraîche. Qatayef przygotowuje się również z mieszanki posiekanych orzechów. My zrobiliśmy nadzienie z naturalnego twarożku sernikowego - tak po prostu z wiaderka - łyżeczka czubata do placuszka, który sklejamy z jednej strony. Placuski posypać orzechami włoskimi lub pistacjami. Polać syropem.

Syrop:


Zagotować wodę z cukrem do postaci gęstego syropu. Do przestudzonego (ważne!) syropu dodać wodę kwiatową. Polewać ciasteczka. Podawać na podwieczorek lub słodkie śniadanie. Raj dla łasuchów :)

Smaczne są nawet takie z nadzieniem przechowane w lodówce na drugi dzień. Orzechy, którymi zostały posypane nasiąkną syropem i aromatem i niebo w gębie normalnie. 

Qatayef. Niebiański deser ;) 

Ps. No dobra. Idziemy pakować paczki. A nie mówiłam, że nasz sklep to sklep nocny jest? ;))





poniedziałek, 24 października 2011

Skąd jesteśmy, gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy...

Ona. Gdańszczanka, mieszkanka obcych krajów, warszawianka.
On. Z Damaszku, z Warszawy, z innych części świata też.
One. Dzieci sztuk 3, zwierzaków sztuk 5.
Od 4 lat jesteśmy częścią kawałka Pojezierza Lubuskiego. Z lasem z oknem i jeziorami za łąką. Częścią niewielkiej społeczności. To miejsce wybraliśmy do życia, bycia rodzicami, do realizacji pasji.





 Gdzie będziemy? Nie-wia-do-mo. Życie pokaże. Trochę tęsknimy za morzem... ;)