czwartek, 29 grudnia 2011

Przychodzi Hassan Sabban do Urzędu Skarbowego ;)


Zawsze był nieco egzotyczny. W Polsce - bo niewiele dzieci na polskich podwórkach ma na imię Hassan. W Syrii - bo mimo, że po arabsku potrafił, to jednak Mama Polka i wszystkie wakacje w Polsce spędzał. Nie spotkał się jednak nigdy z przejawami dyskryminacji, jawnym wytykaniem palcem, że jest inny mimo, że nie Jan Kowalski a Hassan Sabban. Do czasu :)

Nastał rok, w którym każdy obywatel naszego kraju miał obowiązek rozliczyć się z fiskusem na podstawie zeznania podatkowego, w którym ważną rolę ma numer podatkowy NIP.
Hassan, jako człowiek posiadający dwa obywatelstwa, polskie i syryjskie, taki numer również otrzymał. Złożył odpowiednie zeznanie podatkowe w odpowiednim Urzędzie Skarbowym. I się zaczęło... Pierwsze wezwanie do Urzędu Skarbowego.

H (Hassan otrzymuje wezwanie do stawienia sie w pokoju X celem złożenia wyjaśnień i udaje się tamże)
U (urzędniczka US): Witam, wezwałam Pana ponieważ w Pana kartotece brakuje dokumentów. Proszę o dowód osobisty
H: Proszę bardzo
U: (przegląda dokument) Nazywa się Pan Hassan Sabban?
H: Tak
U: Mam tu mały problem bo w dokumentach brakuje Pana pozwolenia na pracę
H: ????? Ale ja nie potrzebuję pozwolenia na pracę na terenie Polski
U: Proszę pana, jest pan obywatelem innego kraju i potrzebuje Pan pozwolenie na pracę
H: Proszę pani, a jaki mój dokument trzyma pani w rękach?
U: Dowód osobisty
H: A co jest napisane na pierwszej stronie tego dokumentu? (było to w czasach tzw. książeczkowych dowodów osobistych)
U: Jest obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej
H: No właśnie. Mam dwa obywatelstwa, w tym polskie, i nie muszę mieć pozwolenia na pracę 
U: Ale jest pan cudzoziemcem i nazywa się pan..... (Tu następował zazwyczaj ciąg rozumowy trudny do ogarnięcia i kończył się wezwaniem przełożonej/przełożonego pani urzędniczki i szybciej lub później dochodziło do załagodzenia sytuacji i wyjaśnienia, że obywatel RP Hassan Sabban pozwolenia na pracę jednak nie potrzebuje).
Ale panie urzędniczki widać nie do końca skutecznie odnotowywały kwestie zasadnicze i wezwania do składania wyjaśnień wg powyższego scenariusza powtarzały się dość regularnie.

Aż Hassan Sabban postanowił, że nie ma więcej ochoty tłumaczyć się, że wielbłądem zasadniczno nie jest (mimo, że z arabskimi korzeniami) i sądownie przyjął imię i nazwisko ukochanego dziadka ze strony Mamy stając się oficjalnie w dokumentach Aleksandrem Warsztockim. 
Nikt z bliskich i nieco dalszych w życiu nie nazwał go Aleksandrem ale w dokumentach napisane i była nadzieja, że Urząd Skarbowy znajdzie sobie inne zajęcie.
Ale nie.... :)

Pewnego dnia Aleksander Warsztocki otrzymuje wezwanie do US. 
U: Dzień dobry, bo wie pan, wezwałam pana, bo mamy tu pewien problem... 
H: (wyczekuje pełen napięcia)
U: Bo wie pan, w naszym systemie pod pańskim numerem NIP figurują dwie osoby... pan i jeszcze jakiś... Hassan Sabban...
H: (z udawanym oburzeniem): Hassan Sabban? To chyba jakiś cudzoziemiec. Jak to możliwe, żeby cudzoziemiec miał polski numer NIP?     
U: (wyraźnie zakłopotana) No właśnie, wie pan, nie mam pojęcia jak to się mogło stać
H: (obużony;) No to proszę pani, to trzeba wyjaśnić, bym nie miał kłopotów w przyszłości
U: (wyraźnie poruszona) Hmmm.... Ma pan rację. To trzeba jak najszybciej wyjaśnić. TO MY GO WEZWIEMY!

ps. Uwielbiam jak Hassan opowiada tę historię. Znam ją na pamięć, a niezmiennie zaśmiewam się przy słowach "to my go zezwiemy" :))

czwartek, 15 grudnia 2011

Mniamuśna... lektura :)

Przeczytałam książkę. (Ależ to ekshibicjonistycznie zabrzmiało;)
Niestety kuracji antybiotykowej i łóżka z koniecznością leżenia trzeba było, by wśród Nieprawdopodobnie Ważnych Rzeczy, znalazł się czas na przytomną lekturę. (Nieprzytomna, zakończona snem po 3 minutach usiłowania, zdarza się dość często...).
Ale... do ad remu!

Anna Jackowska, "Kobieta na motocyklu", wydawnictwo Pascal.

Dlaczego chcę się podzielić wrażeniami akurat z tej lektury na blogu poświęconym arabskim smakom i aromatom?
Przyczyny co najmniej dwie - pierwsza to fakt, że książka jest o podróży do Syrii i Jordanii. A drugi powód... "Kobieta na..." jest zapisem wrażeń i przygód z tej podróży poczynionym przez jej bohaterkę i uczestniczkę - Anię Jackowską, która podróż ową odbyła samotnie... na... motocyklu! W swej motocyklowej karierze samotnego podróżowania nie mam TAK spektaktularnych osiągnięć, ale kto wie gdzie mnie jeszcze zaniesie... ;)

Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Z uśmiechem, z tęsknotą. Za podróżą. Za podróżą motocyklem. Za podróżą do Syrii i Jordanii.  Z podziwem ogromnym. I z szacunkiem do marzeń Ani i jej odwagi ich realalizacji. Z zazdrością pewną też. Babsko-motocyklową. (Natury nie przeskoczysz;)
A co najważniesze - z ogromną wdzięcznością. Ania pisze o krajach nieco mi (znacznie lepiej małżonkowi Hassanowi) znanych w taki sposób, w jaki ja bym chciała napisać, gdybym umiała. I nie chodzi o formę. Ale o emocje. O niemalże reporterską prawdę. O autentyzm przeżywania. O obalane przez Anię, a przede wszystkim przez bohaterów jej opowieści, potoczne opinie i stereotypy.
Że kobieta, w dodatku blondynka, w dodatku na motocyklu (sic!), nie może przeżyć takiej samotnej wyprawy. Na 100% zostanie TAM skrzywdzona, oszukana, wykorzystana i wszystko co najgorsze. I Ania Jackowska pięknie, lekko, z dużą dawką humoru, opisuje jak Ci, którzy tak właśnie, stereotypowo, myślą się mylą. Ciepła opowieść o przygodzie, o realizacji marzeń. Ciepły, serdeczny obraz świata, który też dane mi było nieco poznać, miejsc w większości przeze mnie odwiedzonych. Ania Jackowska maluje słowem portrety ludzi o otwartych sercach i dobrych intencjach. Ania dzieli się z czytelnikiem obrazem świata, w którym jako kobieta czuję się bezpieczniej niż na ulicach Warszawy, czy innego dużego miasta w naszym (podobno cywilizowanym) kraju.
Bardzo polecam. Świetny pomysł na prezent świąteczny dla miłośników Bliskiego Wschodu, dla lubiących podróże i przygody, dla motocyklistek i motocyklistów. Wreszcie - dla ksenofobów i ignorantów - na otwarcie oczu i horyzontów.

Jeśli macie ochotę na wyprawę z Anią, na ponowne przeżycie własnych podróży z perspektywy fotela, lubicie (motocyklowe) podróżowanie - koniecznie przeczytajcie książkę "Kobieta na motocyklu".

A czytanie o wyprawie Ani przywołało wspomnienia naszych osobistych podróży...


Znana syryjska tolerancja, brak uprzedzeń i otwarcie na innych ;)


Ulubiona najstarsza część Damaszku

Ulubiony załułek - uliczka Al Nawfara, na tyłach
Meczetu Umajjadów. Poranny spokój.

Radosne chłopaki i tchnienie historii

Damaszek, plac Hariqa. W tym domu, na ostatnim
piętrze, mieszkał Hassan z rodziną w czasach
bycia małym polsko-syryjskim chłopcem ;)

Set Zainab. Miejsce pochówku najstarszej córki
Mahometa. Meczet ku jej czci. 

Ulubionej uliczki i ulubionych klimatów ciąg dalszy

Dziedziniec Meczetu Umajjadów. Uwielbiam tę kobiecą postać
po lewej stronie. Sama gracja...

Jeszcze 6 lat temu na dziecińcu Meczetu Umajjadów leżały dywany.
Dziś tylko pięknie wypolerowana kamienna posadzka.

Palmyra (Tadmor). Miasto w środkowej Syrii, założone w oazie w północnej
części Pustyni Syryjskiej mające lata świetności w II w ne. 

Niektórzy potrafaią odpoczywać w pełnym słońcu. My odpadliśmy i daliśmy
się zaprosić na posiłek w gronie beduińskiej rodziny w sadzie
na terenie oazy. Przepiękne wspomnienia... 

Fragment dziedzińca rodzinnego domu Hassana Taty w najstarszej części
Damaszku

Krak de Chevaliers. Twerdza Rycerzy. Zamek w zachdniej części Syrii.
W czasie naszego zwiedzania telewizja syryjska kręciła film z epoki,
dzięki czemu podczas zwiedzania towarzyszyły nam
niesamowite wrażenia i obrazy przechadzających się rycerzy. 
Wejście do domu kilkadziesiąt centymetów poniżej pozimu ulicy.
Czas i kolejne warstwy asfaltu w najstarszej części miasta Damaszek.  

Nocny spacer

I ja tam byłam, i sok z morwy piłam...
A kiedyś może pojedziemy pojedynczym śladem Ani... ;)